sobota, 9 sierpnia 2014

Decisions, decisions

Ostatnimi czasy jestem ciągle zaabsorbowana rozmyślaniami, które francuskie miasto wybrać na mój przyszły dom. Spośród tych miejsc, które rozważam, najbardziej kuszące wydają się Clermont-Ferrand i Reims. I chociaż ograniczyłam swój wybór do tych dwóch miast, to dalej nie potrafię podjąć ostatecznej decyzji. Z natury jestem osobą, która siada na tyłku, analizuje wszystkie możliwe opcje, dokonuje wyboru i nigdy więcej nie ogląda się za siebie – więc możecie sobie wyobrazić, jak irytuje mnie ta sytuacja! Ale codziennie inna opcja wydaje mi się bardziej atrakcyjna, w związku z tym codziennie kładę się do łóżka z myślą „jak mogłam w ogóle POMYŚLEĆ o Clermont-Ferrand/Reims??? (podkreślić właściwe)”, po czym wstaję rano i znowu jestem w kropce. Clermont jest przepiękne. Jest położone w takim miejscu, że do wszystkich innych zakątków Francji mam podobną odległość; dla zainteresowanych mapka:


więc miejsc na urządzenie wycieczek nigdy nie byłoby dość. Miasto jest też położone dużo niżej niż my, więc mam nadzieję, że byłoby tam trochę cieplej. Kolejna sprawa – do miasta docelowego będę jechała z Grenoble, a do C-F jest dużo bliżej, niż do Reims. Więc wygodniej, szybciej, taniej.
No i – last but not least – w Clermont jest katedra zbudowana w całości z czarnej skały wulkanicznej. Nie widziałam jej nigdy na żywo, ale sam ten fakt i zdjęcia sprawiają, że ślinka sama cieknie!!!
O:


Nawet gdyby nie wszystkie pozostałe argumenty, to dla samej Katedry przychylałabym się ku Clermont :) Poza tym nawet nazwa tego regionu jest śliczna! Owernia :) Chociaż moja przyjaciółka stwierdziła, że kojarzy jej się z jajnikiem (łac. ovarium), więc gdybym wybrała to miasto, zostałabym już na zawsze mieszkanką Jajnikowa ;D

Ale jest jeszcze Reims. Reims, które ma jedną zasadniczą zaletę – jest blisko Paryża. 40 minut jazdy TGV i jestem na lotnisku. W Clermont to nie byłoby 40 minut, tylko dużo, dużo więcej. Nie boję się długich podróży – zarówno do kilku klas gimnazjum, liceum, jak i na studia dojeżdżałam codziennie 2h w jedną stronę – co daje 12 lat w autobusach, po 4h dziennie – ale jednak ze względu na zmęczenie wolałabym mieć możliwość łatwiejszego dojazdu do domu. I to w zasadzie bije wszystkie inne argumenty na głowę. Będę tam zupełnie sama, i kiedy mam taki dzień, że szczególnie boję się wyjazdu, fakt mieszkania prawie że „pod Paryżem”(wiem, że to nie jest pod Paryżem, ale po 12 latach takich wycieczek do szkoły i na uczelnię to wydaje mi się na wyciągnięcie ręki) jest dla mnie nie do przecenienia. Z drugiej strony, w bardziej „trzeźwe” dni, odważne dni, wiem, że teraz patrzę pod tym kątem, bo nigdy nie mieszkałam sama, boję się rozstania z  rodziną, i chcę zabezpieczyć możliwość łatwego kontaktu, ale tak naprawdę rzeczywistość będzie pewnie wyglądała inaczej – będę chodzić do pracy, poznam nowych ludzi, zacznę żyć na własną rękę i kontakt z mamą i tatą przestanie być aż TAK wysoko na liście moich priorytetów. A nie chcę, żeby to strach zdeterminował mój wybór.

Wszystko to ładnie, pięknie…
… ale jak ja mam być tak daleko?!

Clermont-Ferrand

Reims/ wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu
Nie wiem. Czasem chciałabym rzucić monetą i zobaczyć, co wypadnie ;) Ale chyba na takie rozwiązanie jestem trochę za duża ^^ Dorosłe życie jest takie trudne!!!!!!!!!!! 

Gdyby coś poszło nie tak, to zawsze mogę zrobić tak jak Clive:



Pozdrawiam serdecznie!! :)

PS Przy okazji - link do fajnej rozdawajki kosmetycznej :) Polecam!
 

piątek, 8 sierpnia 2014

Za co kocham Terry'ego Pratchetta.:)



Niedawno skończyłam czytać „Parę w ruch”, nową książkę Terry’ego Pratchetta. Przy tej okazji pomyślałam, żeby napisać o nim kilka słów, jako że jest to mój ukochany pisarz EVER. Moja kolekcja jego książek wygląda tak:

Dokładnie 33 pozycje. A tyle jeszcze do zdobycia!


Mam również kilka gadżetów, jak na przykład zakładka:




czy mapa krainy Lancre, z autografem Pratchetta (niewidocznym na zdjęciu :P ):




Na pewno wiele osób go zna i nie napiszę dla nich niczego odkrywczego, ale może te osoby porównają swój punkt widzenia z moim, a resztę – mam nadzieję – zachęcę do czytania :)

Nie będę pisać suchych faktów z jego życia, gdyż te – choć niezwykle imponujące – łatwo znaleźć na wikipedii. Chciałam za to wyruszyć w sentymentalną podróż (ale TGV, żeby nie było zbyt długo! ;D), która zaczęła się w chatce babci Weatherwax, głównej bohaterki jednej z kilku pratchettowskich „serii”, i głównej czarownicy w Lancre.

Babcia jest jedną z najbardziej niezwykłych postaci, jakie spotkałam na kartach powieści. Jestem teraz w trakcie czytania książek prof. Kępińskiego, guru polskiej psychiatrii, i natknęłam się na takie zdanie: Wydaje się, że istnieje jakaś naturalna moralność przyrody, której także człowiekowi naruszyć nie wolno. Babcia o tym wiedziała. Zawsze wiedziała, co należało zrobić, i właśnie to robiła. Nie dlatego, że jej się chciało, albo że mogła, albo dla kogoś – nie, robiła to, co należało. Jak można się domyślić, nie przysporzyło jej to w życiu specjalnie dużo popularności czy sympatii – ale nigdy nie poświęcała temu uwagi. Twierdziła wrecz, że woli, by ludzie ją szanowali, niż lubili – bo „jak nie masz szacunku, to nic nie masz”. Dla kilkunastoletniej mnie, budującej dopiero świadomie swój kręgosłup moralny i szukającej swojego miejsca w życiu, kiedy bardzo potrzebowałam akceptacji grupy i sympatii rówieśników, a jej nie dostawałam, było to jak plaster na kuper, parafrazując Fila z disneyowskiego Herkulesa :) Postawa Babci i jej twarde zasady pozwoliły mi spojrzeć na siebie inaczej, i nie przewrócić się przy najsilniejszych wiatrach. To wszystko, okraszone typowym pratchettowym humorem, zestawieniem Babci z jej najlepszą przyjaciółką, która była znana z tego, że w młodości nie należała do specjalnie niedostępnych :), i rzuceniem tego duetu w wir zmieniającego się świata, sprawiło, że czytałam te książki tysiąc razy, i wielbię je ponad wszystko.

A potem… pojawił się Samuel Vimes. I to sprawiło, że nawet Babcia odeszła w zapomnienie ;) Vimes to główny bohater innej serii – tym razem „o straży”. Książki Pratchetta należy czytać w określonej kolejności, i o ile w przypadku serii o czarownicach nie jest to AŻ TAKIE ważne, bo Babcia jest osobą w pełni ukształtowaną i jej zachowanie jest logiczne i naturalne dla znającego ją czytelnika, to w książkach o Vimesie ma to znaczenie kluczowe. Vimes bowiem dojrzewa wraz z każdą książką. Poczynając od kapitana Straży Miejskiej (ta szumna nazwa określała aż 4ech niezbyt odważnych osobników), samotnego, cynicznego alkoholika (dokładny opis z książki: Trudno określić jego wiek. Ale sądząc po cynizmie i zmęcze­niu światem, będących odpowiednikiem datowania węglem dla ludzkiej osobowości, miał jakieś siedem tysięcy lat. „Straż, Straż”), poprzez Komendanta Straży Miejskiej, ojca i męża, a na Jego Ekscelencji Diuku Ankh kończąc, przeszedł niezwykłą przemianę, co sprawiło, że chyba nie ma drugiego takiego bohatera książkowego, z którym byłabym tak zżyta (łącznie z Harrym Potterem! ;)). Historia Vimesa to piękna opowieść o tym, że człowiek może się zmienić, jeśli chce, o tym, jak ważni są dla nas inni ludzie, ale też o tym, jak wielki wpływ mamy na swoje życie i wybory, i jak możemy wykuć samych siebie w skale, jeśli tylko będziemy robić to, co słuszne, a nie to, co łatwe. Jest to też historia mężczyzny, który nie potrafi zrozumieć, czym zasłużył na uczucie najlepszej kobiety, jaką spotkał na swej drodze; historia bezwarunkowej, astronomicznej miłości ojca o syna; a wreszcie historia starego cynika, którego wkurza głupota ludzi, i którzy nieustannie rzuca hasła w stylu:

Vimes obrzucił swoich ludzi zwykłym spojrzeniem pełnym rezygnacji i niesmaku.
- Mój oddział - wymamrotał.
- Wspaniali ludzie - pochwaliła lady Ramkin. - Weterani za­prawieni w bojach, co?
- Zaprawieni, owszem, często.

znowu „Straż, straż” :)   

Mogłabym pisać jeszcze bardzo długo o innych seriach, bo wszystkie są wyjątkowe, a Pratchett jest tak płodnym pisarzem, że w jego dziełach można po prostu utonąć. Dlatego skończę na tych dwóch postaciach, bo jestem z nimi najbardziej zwązana, i mam nadzieję, że choć trochę zachęciłam Was do sięgnięcia po jego dzieła. Chciałam za to napisać jeszcze o innym sympatycznym aspekcie jego literatury – przez wiele lat głównym ilustratorem okładek do wszystkich książek był Josh Kirby, a jego dzieła wyglądały tak:


jak widać, nic nie widać. :) Radość po kupieniu każdej kolejnej książki nie wynikała więc tylko z samej przyjemności czytania, ale też z zabawy w „odszyfrowywanie” okładki i szukanie bohaterów powieści. Potem na wielkim polskim forum Ulice Ankh-Morpork można było wymieniać się spostrzeżeniami i chwalić się, kto kogo znalazł.:) W roku 2001 J.Kirby niestety umarł, a jego miejsce zajął inny rysownik, Paul Kidby, i wniósł on do twórczości Pratchetta całkiem nową jakość. Dla porównania: Babcia w wykonaniu Kirby’ego (u góry) i Kidby’ego (u dołu). 



Kirby jest tak inny, że w pierwszym momencie aż raził, i za każdym razem bardzo dotykał mnie brak tego kolorowego miszmaszu na okładce – ale po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do tego, i teraz uważam, że te okładki są przepiękne. Mam wrażenie, że są takie proste i czyste, każda linia znajduje się dokładnie tam, gdzie powinna, i po zobaczeniu „Kidby’owej” wersji danej postaci już nigdy nie wyobrażam jej sobie inaczej. Zabawne, że tych mężczyzn, których różni tylko jedna literka w nazwisku, dzieli tak wiele, a obaj potrafili wnieść tyle samo radości w nasze życia. 





Uff, ale się rozpisałam! Żegnam Was Vimesem w wersji Kidby’ego:



Pozdrawiam!:)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Kitten Cam i wszystkie jej cudowności :)







Dzisiaj chciałam opowiedzieć o pewnym amerykańskim fenomenie, którego jestem oddaną fanką i który uważam za fantastyczny :) Pewnego zimowego dnia 2 lata temu natknęłam się w internecie na stronę FosterDadJohn na livestream.com . Po wejściu na nią okazało się, że jest to przekaz na żywo, 24/7,  z malutkiej klatki, w której kotka opiekuje się swoimi kociętami. Zaintrygowana, oraz absolutnie zakochana w kotach :), zaczęłam wchodzić tam co jakiś czas, z czasem przywiązując się do tych maluszków, do odpowiedzialnej mamy, i do twórcy tego pomysłu, Johna Bartletta. John jest informatykiem w Mill Creek w Waszyngtonie, i od wielu lat zajmuje się ratowaniem ciężarnych kotek, podrzuconych do położonego w jego okolicy schroniska, lub znalezionych w okolicy, zwykle bez szans na przeżycie. Po porodzie bierze on do siebie taką kotkę i jej maleństwa, i opiekuje się nimi, dopóki nie osiągną wieku, w którym mogą być oddane do adopcji. Za każdym razem schemat jest taki sam – kotka mieszka z dziećmi w małej, dwupiętrowej klatce, na której „parterze” znajdują się kocięta, a na „piętrze” ma kuwetę i jedzenie. W tym okresie, trwającym kilka tygodni, dzieciątka nie potrafią chodzić, są ślepe, i jedyne, co je obchodzi, to mleko mamy. W związku z tym, dzięki pomysłowi Johna, możemy obserwować, jak te biedne, uciemiężone matki całymi dniami leżą na boku i pozwalają się ugniatać swojej puchatej hordzie :) Następnie, gdy kocięta są większe i klatka przestaje im wystarczać, zostają wypuszczone do ogrodzonego fragmentu pokoju, gdzie mają tonę zabawek, drapaki, myszki… słowem wszystko, czego dowolny małoletni przedstawiciel kociego gatunku mógłby kiedykolwiek zapragnąć :) W pokoju tym pozostają do dnia adopcji, po drodze przechodząc jeszcze sterylkę/kastrację, a następnie wędrują do szczęśliwych właścicieli, którzy są starannie dobierani na wiele dni wcześniej i sprawdzeni pod wieloma kątami, czy aby na pewno zasługują na kocie cudeńko w swoim domostwie. :)




John zajmował się ratowaniem kotów na długo przed tym, jak stworzył KittenCam. Pomysł, by wrzucić to online, wziął się z tego, że i tak zainstalował kamerkę w pokoju kotków, by móc obserwować w pracy, czy wszystko u nich w porządku – wtedy pomyślał, że wzasadzie mógłby to udostępnić również innym. Był to strzał w dziesiątkę. Kocią Kamerę ogląda zawsze kilkaset osób, zainspirował wielu innych kocich wielbicieli, by też zajęli się taką działalnością, w związku z tym kamerki zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu :) Profil Johna na Facebooku ma prawie 38 tysięcy polubień. Każdy koci rodzic tuż po adopcji tworzy dla swojej pociechy osobny profil, dzięki czemu my, widzowie, możemy w dalszym ciągu obserwować, jak rosną i stają się Dużymi Kotami. Uważam to za absolutnie fantastyczny pomysł. Dla mnie jest to dobro w czystej postaci. 

"kiedy ten koszmar się skończy??" ;)

Oglądam Kamerkę już od 2 lat, od tego czasu miałam okazję obserwować wiele kocich matek i za każdym razem zadziwia mnie, jak różne mają charaktery, w jak różny sposób zajmują się swoimi dziećmi, mimo, że wszystkie – jedna w jedną – świata poza nimi nie widziały. Nie widziały też świata poza Johnem, który – kiedy tylko zaczynały rozumieć, że już nic im nie grozi – nie mógł się opędzić od ich natrętnych pieszczot. :) W wielu trudnych chwilach, przez które przechodziłam w ciągu tych 2 lat, pomagała  mi właśnie Kamerka – świadomość naturalnego kręgu życia, pokrzepiający widok matki, z uczuciem zajmujących się swoimi dziećmi… matki rudej, czarnej, białej, szylkretki, nieważne. To przekonanie, że gdzieś na świecie coś dzieje się dobrze, słusznie, że matka, która miała zginąć, dostała okazję na urodzenie swoich dzieci, na wychowanie ich, że nad całą tą gromadką ktoś czuwa, a przed nimi tylko dobre dni – to daje mi poczucie bezpieczeństwa i sprawia, że się szeroko uśmiecham. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało ;) Dlatego postanowiłam się z Wami podzielić tą stroną, może część z Was już o tym słyszała, ale część pewnie nie, a wydaje mi się, że o takich ludziach, jak John, warto mówić. :) Btw – na kilkaset wychowanych kociąt nigdy nie się złamał i wszystkie oddawał do adopcji, jak Pan Bóg przykazał – aż do ostatniego miotu, kiedy w końcu runęły jego mury obronne i zatrzymał sobie jedną koteczkę – Trillian. Za chwilę zobaczycie, dlaczego :) Oto kilka zdjęć:

John Bartlett – szczęśliwy koci tata :)


Ash – kotek z jednego z poprzednich miotów, który swoją urodą zrobił prawdziwą furorę i ma swój fanklub w internecie :)


a to Trillian – chyba od razu widać, czemu John pękł :)

Podaję też linki na fejsa i na livestream, jeśli ktoś byłby zainteresowany:
Livestream

Pozdrawiam serdecznie!

PS Gacek dzisiaj miał operację, teraz śpi. `Ma wygoloną całą nóżkę, i wygląda tak żałośnie, że serce się kraje od samego patrzenia. Teraz ma nie brykać przez 10 dni, ciekawe, jak my to zrobimy :)

wtorek, 29 lipca 2014

Lekarze piszą, piszą o lekarzach


Jako że ostatnio nadrabiam czytelnicze zaległości, pomyślałam, że podzielę się z Wami kilkoma tytułami, które mogę każdemu polecić z całego serca, a nawet wepchnąć mu do ręki, posadzić na fotelu i stać z batem, dopóki nie skończy czytać. :) Jednym z moich największych marzeń jest napisanie książki.  Od pomysłu do przemysłu daleka droga i pewnie zabiorę się za nią za jakieś 20 lat, i mam nadzieję, że wtedy całe zebrane doświadczenie zawodowe pomoże mi stworzyć coś interesującego. Pocieszam się tym, że Sapkowski napisał Wiedźmina w wieku 40tu lat, więc na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. :)
Ostatnio wpadło mi w ręce kilka książek napisanych przez lekarzy o lekarzach. Mam bezbrzeżny podziw dla takich osób, prawdziwych ludzi renesansu – łączą w swoim życiu ogromną wiedzę, naukowe zacięcie, ciężką pracę i piękno literatury. Odsłaniają przed ludźmi nie mającymi związku z medycyną cały ten tajemniczy świat, pełni pokory i zachwytu. Dlatego postanowiłam napisać po dwa zdania o kilku z takich książek, choć możliwe, że wielu z Was już te tytuły zna – w końcu należą do bestsellerów światowej klasy. :)

Lekarze piszą


1. "Powrót do Missing" jest jednym z najlepszych dzieł, jakie przeczytałam w życiu. Napisane przez chirurga, profesora Uniwersytetu Stanford, opowiada historię dwóch braci bliźniaków, sierot wychowywanych w szpitalu misyjnym w Addis Abebie. Synowie ojca-lekarza, obierają tę samą drogę i pozwalają medycynie zawładnąć swoim życiem. Pozwalają na to też kobiecie – niestety, w przypadku obydwu braci tej samej. Jest to bardzo mądra książka, a do tego literackiego kotła, z którego parują tajemnica, miłość, ból i wszystkie te dobre i złe elementy, które czynią nasze życie tak pięknym – autor zdołał wrzucić wiarygodnych, wrażliwych bohaterów, daleką, parną Afrykę i medycynę, ze wszystkimi jej cudami i porażkami. Medycynę, którą opisał w sposób z jednej strony bardzo przystępny, a z drugiej – bardzo głęboki, pozwalając czytelnikowi na poznanie tego świata, do tego stopnia, że prawie można poczuć drżenie rąk chirurga w czasie jednej z opisywanych operacji i struchleć przed odpowiedzialnością, jaka promieniuje z każdej decyzji podejmowanej na kartach książki. Wszystko to napisane pięknym językiem, z werwą, z elementami suspensu i historią miłosną – słowem, absolutne cudo. :) 




2. Zanim opiszę moje przemyślenia na temat tej książki, warto rzucić tu kilkoma faktami. Mianowicie, książka ta zdobyła Pulitzera, zaś magazyny New York Times i TIME zaliczyły ją – odpowiednio – do stu najlepszych książek wszechczasów/stulecia. To chyba wystarczy, żeby po nią sięgnąć ;) Ale ja też chciałam dorzucić swoje trzy grosze. Podobnie jak w przypadku Powrotu do Missing, i tu autor jest bezpośrednio zaangażowany w temat, o którym pisze - Siddhartha Mukherjee jest onkologiem i hematologiem na Columbia University. W swojej książce stworzył biografię raka – przytacza pierwsze istniejące zapisy na temat tej choroby, i odkrywa przed nami historię walki z nią na przestrzeni wieków. Robi to poprzez prezentowanie przypadków różnych chorych, w niezwykle plastyczny sposób opisując ich zmagania i cierpienie. Podczas gdy na jednym biegunie tej historii są pacjenci, bezradni i szukający pomocy, na drugim gorączkowo i bez wytchnienia pracują lekarze – i tu również Mukherjee spisuje się znakomicie, pokazując, jak tytaniczną pracę wykonywali i w jak niezwykły sposób dokonywali swoich odkryć. Wydaje mi się to strasznie ciekawe i warte uwagi. Ciekawie jest się dowiedzieć historii jakiejś terapii, operacji lub pochodzenia eponimu, dzięki temu element ten nabiera zupełnie innego koloru :) poza tym w ten sposób oddajemy hołd wszystkim tym osobom, których ciężka praca przyczyniła się do tego, co wiemy i z czego korzystamy dzisiaj.

Jako że znowu rozpisałam się niemiłosiernie – chyba nie potrafię napisać zwięzłej notki – jeszcze tylko dwa słowa o tej książce:


autora, którego poleciła na swoim blogu Polka we Francji. Somoza jest psychiatrą i autorem licznych kryminałów, z których na razie przeczytałam tylko ten widoczny na obrazku, ale na pewno sięgnę po więcej. Moja niezbyt bujna wyobraźnia nigdy nie pozwalała mi bać się przy czytaniu książek, tak naprawdę przerażały mnie tylko horrory :) Nawet Lovecraft nie był mi straszny, o Mastertonie nie wspominając :P. Ale przy tej książce po raz pierwszy w życiu poczułam dreszcze na plecach. Bardzo ciężki, gęsty klimat, z morderstwem wbudowanym w świat poezji, na każdym kroku ujawnia erudycję autora. Jestem pełna podziwu dla pomysłu i wykonania, i szczerze polecam.
____

W drugiej części „cyklu czytelniczego” opiszę kilka książek „o lekarzach” – to tak gwoli wyjaśnienia, skąd wzięłam tytuł ;)

Pozdrawiam Was serdecznie! Na koniec jeszcze zdjęcie Gacka, który rośnie jak na drożdżach:


:)

piątek, 25 lipca 2014

O skarbie znalezionym w lesie :)



Już od jakiegoś czasu chciałam napisać posta o moich kotkach, ale cały czas miałam coś innego na głowie. Zwlekałam bez końca, aż w końcu doszło do tego, że byłam na siebie zła, że założyłam bloga, i nie mogę się zmusić do napisania tej notki :) Okazało się jednak, że był po temu specjalny powód. Zapraszam do czytania o tym, jakie to skarby można znaleźć na leśnym szlaku :)

W poniedziałek wybrałyśmy się z mamą do lasu położonego niedaleko naszego domu. Chodzimy tam od wielu lat praktycznie codziennie, jeśli tylko pogoda i zewnętrzne okoliczności temu sprzyjają. Mamy ustaloną 5-kilometrową trasę, którą pokonujemy w jakieś 1,5 h, i chyba ciężko byłoby nam znaleźć coś, co sprawia nam w życiu większą przyjemność niż te spacery, rozmowy, i obserwowanie, jak zmieniają się pory roku, a wraz z nimi liście na drzewach, kwiatuszki przy ścieżce i fauna w jeziorku niedaleko leśniczówki. Jest to nasza oaza spokoju i źródło stałego kontaktu z przyrodą, mimo tego, że mieszkamy w mieście. Wyszukałam nawet zdjęcie naszej ścieżki – biegnąca postać w oddali to mój brat :):




Mimo że kochamy nasz las, nie spodziewałybyśmy się z najśmielszych snach, że zostaniemy tak szczodrze przez niego obdarowane. Wybrałyśmy się w poniedziałek na poranny spacer, korzystając z urlopu mamy, i niczego nie podejrzewając weszłyśmy sobie raźnym krokiem na ścieżkę… Aż tu nagle dobiegło nas kocie miauczenie. W pierwszym momencie myślałam, że się przesłyszałam, bo jako kocia matka trojga dzieci :) wszędzie wypatruję kotów, ale gdy miauczenie się powtórzyło, nie miałam już wątpliwości. Zaczęłyśmy się rozglądać, by ustalić, skąd dobiega ten głos, i nagle pod drzewem zobaczyłyśmy białe stworzonko, drące się wniebogłosy. Podeszłam do niego i po krótkim pościgu (bo w pierwszej chwili się mnie oczywiście przestraszyło) wzięłam je na ręce. W tym momencie już wiedziałam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Zwierzątko było malusieńkie, a ja, mimo że w szczytowym okresie swojej kociej kariery miałam na stanie 5 worków na pchły, to nigdy nie trzymałam na rękach KOCIĄTKA. Byłem brudny jak nieboskie stworzenie, miałem wbite w oczko jakieś nasionko, i wyglądałem tak:



Przez chwilę spoglądałyśmy na siebie z mamą bezradnie, zastanawiając się, która powie głośno to, co obie już wiedziałyśmy: „bierzemy go!”. Po szybkim telefonie do taty i wysłaniu mu mmsa ze zdjęciem widocznym powyżej, przytuliłam do siebie mocno to dzieciątko i powędrowałyśmy z powrotem do domu. Tu natychmiast dałyśmy mu trochę jedzenia naszych dużych kotów –i to, co zobaczyłyśmy, nas oszołomiło. Zjadł całą porcję w jakieś 0,01 sekundy, po czym zaczął gryźć talerz. W życiu nie widziałam tak głodnego zwierzątka. Jest u nas już tydzień, a cały czas je wszystkie posiłki w ten sam łapczywy sposób, jakby nie rozumiał, że już jest bezpieczny i nigdy niczego mu nie zabraknie… za każdym razem musi się najeść, jakby to miał być jego ostatni posiłek w życiu. Po jedzeniu zabrałyśmy się za kąpiel, i – dziw nad dziwy! – podobało mu się! To była pierwsza z wielu niespodzianek, jakich nam dostarczył w ostatnich dniach. Lubi wodę, widzi się w lustrze, widzi rybki w akwarium jako jedyny nasz kot (które to akwarium było nota bene kupione, by kotki miały telewizor… ech;) )… Po jedzeniu, kąpieli i manikiurze :) wyglądałem tak:



Niestety, gdy trochę odpoczął i zaczął spacerować po moim pokoju, okazało się, że ma chorą lewą tylną nóżkę. W związku z tym nie może się podrapać, gdy swędzi go uszko, nie może nigdzie wskoczyć… Strasznie mi go żal. Pojechałyśmy z nim od razu do weterynarza i po wykonaniu zdjęcia RTG okazało się, że… ma złamaną kość biodrową i szyjkę kości udowej :( Będzie operowany jak tylko trochę go odkarmimy, tj. za jakieś 2-3 tygodnie. Nawet nie chcę myśleć, jak doszło u niego do tego złamania. Zastanawiam się też, czy to może z jego powodu znalazł się w lesie? Może ktoś nie chciał się opiekować chorym kotem, i wyrzucił przy pierwszej okazji. Znalazłyśmy go daleko od zabudowań, poza tym później znów poszłyśmy do lasu na spacer, i nie widziałyśmy, żeby szukała go jego mama, więc myślę, że nie czekało go w tym lesie nic dobrego. Nie mogę się napatrzeć, jaki jest dzielny, i jak sobie dobrze radzi z chodzeniem mimo tych złamań. Wciąga się na łóżko i śpi na samym środeczku jak basza :), już trzeciego dnia sam poszedł do kuwety i zrobił co trzeba, jest po prostu aniołem :) Dobrze, że mam teraz wakacje i mogę się nim opiekować, bo wymaga strasznie dużo uwagi, muszę nawet wstawać do niego w nocy, żeby go nakarmić i wysikać :) Czuję się, jakbym miała dziecko ;) Pozostałe koty (którym poświęcę osobną notkę :) ) chyba się go boją. Wszędzie za nim łażą i obserwują z bezpiecznej odległości, obwąchują go i czasem fuczą (na szczęście nie biją). Ale nasze nowe dzieciątko się tym nie zraża i nawet jak tamte potwory burczą, to i tak podchodzi do nich, zaczepia do zabawy, strzela baranki… Kto by pomyślał, że w środku lasu znajdziemy taki skarb!!! :)


A, byłabym zapomniała – mam na imię Gacek, ważę 85 dag i mam 6 tygodni. :)



poniedziałek, 3 marca 2014

Co mnie podkusiło?:)



Od dawna nosiłam się z zamiarem pisania bloga i wreszcie postanowiłam przekuć myśl w czyn. Od wielu lat regularnie czytam kilka blogów, i nie umiem nawet wyrazić, jak bardzo wzbogaciły one moje życie. Ale może od początku:)

Odkąd byłam mała, pożerałam książki - każdego gatunku, autorstwa i objętości. Wraz z wiekiem moje upodobania się zmieniały, aż doszły do fazy uwielbienia dla biografii. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś szerzej rozwinąć ten temat, ale na razie powiem tyle, że wydaje mi się, że nie ma lepszego sposobu na uczenie się "na sucho" życia, niż właśnie biografie - dzięki nim każdy z nas może się przekonać, jak dany życiowy wybór skończył się dla konkretnej osoby, jakie konsekwencje niesie określone działanie i ocenić, czy nam by to odpowiadało. Wspaniałe!


Dlatego własnie jestem taką zapaloną czytelniczką blogów - szukam inspiracji. Szukam też tego, o czym śpiewał Władimir Wołodia w Anastazji Disneya - "bo jeśli ja to zrobię, uda się też tobie!", a więc kopa do życia i wiary we własne siły. Poza tym nie mogę się nadziwić, jak cudowne są kobiety, ile mają pomysłów na życie, odwagi i energii. Moim marzeniem stało się więc dołączenie do zacnego grona blogerek, które tak podziwiam, i wreszcie postanowiłam się odważyć i spróbować.


Jak napisał Goethe: Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię. Śmiało więc rozpoczynam swoją przygodę z blogowaniem! Mam na imię Monika.


Witajcie na pokładzie!